Archiwum z miesiąca: październik, 2008

Panthenol, meduzy i sombrero pana Kazia

20 października 2008


„I’m scared…” – śpiewa Paulina Makles w pierwszych słowach utworu „Tell him”, ale na przestraszoną wcale nie wygląda. Kiedy z jej ust wydobywa się melodia, na policzki wypływa rumieniec, a w oczach dostrzegam iskierki radości. Ale to ja uśmiecham się najszerzej – aż trudno mi uwierzyć, z jaką łatwością z Pauliny wypływa tak piękny, silny głos – rany, ale ona ma talent! A pytana o muzykę, szybko odpowiada: „Dla mnie to wielka frajda, wykorzystywanie tego co mam. Śpiewam, bo kocham i nie wyobrażam sobie bez tego życia. To moja pasja”.

            Nie wiem, jak to możliwe, ale pewnego piątkowego popołudnia zostałam wpuszczona na próbę Pauliny, która rozwija się pod kierunkiem Marty Górawskiej, opiekującej się też chórem szkolnym. Dziewczyny pracują teraz w duecie. To była dopiero pierwsza próba, a ja słuchałam z opadniętą szczęką. Więcej nie powiem, ale mam nadzieję, że usłyszymy ich niezwykły repertuar już pod koniec listopada. Póki co rozmawiałam z jedną i drugą, a także członkinią chóru szkolnego, Anetą Lang, na temat podróży do Bułgarii. Dla tych, którzy o tym jeszcze nie wiedzą – nasz „sieniowski” chór ruszył na podbój tego gorącego kraju pod koniec sierpnia w ramach przeglądu zespołów folklorystycznych. I były to podobno jedne z najpiękniejszych chwil tegorocznych wakacji.

Karolina Stępień: Zanim przejdziemy do Bułgarii, jestem ciekawa, jak to jest z utrzymaniem dyscypliny w czasie prób naszego chóru szkolnego. Pan Kaziu, który wciąż dba o jego rozwój, przyznał się kiedyś, że nie potrafi zapanować nad tyloma osobami, i że to ty, Marto, jesteś za to odpowiedzialna.

Marta Górawska: Czy ja wiem? Prawda jest taka, że trudno jest utrzymać dyscyplinę, w takim zespole, jakim jest chór zwłaszcza kiedy jego członkowie nie mają serca do tego, co robią. Chór to zbiorowość ludzi, którzy powinni być jednością, inaczej się nie uda. Jeśli chodzi o „Sienkiewicza”, to przyznaję, myślałam, że będzie lepiej. Mam do zaproponowania atrakcyjny repertuar dla młodzieży ale potrzebne są chęci. Poza tym możliwość percepcji członków chóru jest zróżnicowana. Dlatego jeśli ktoś szybko opanuje daną linię melodyczną, to kiedy ćwiczę z innymi, jest już znudzony. Nasz chór dzieli się na cztery głosy, więc potrzeba wielu godzin ćwiczeń aby rozpracować i opanować każdy utwór.

Paulina Makles: Ale jest porządek! Każdy ma swoje nuty i koniec! Poza tym, jesteśmy już na tyle zżyci ze sobą, że mamy do siebie szacunek.

K.S.: Marta, mimo wszystko musisz przyznać, że w grupie są też wyjątkowo uzdolnieni, np. właśnie Paulina. Masz w stosunku do niej jakieś plany?

M.G.: Jasne, że mam jakieś plany, jakieś marzenia… Paulina pięknie śpiewa… Teraz najbardziej chciałabym, żebyśmy popracowały nad koncertem w oparciu o duety, które już powstały, np. Whitney Houston z Mariah Carey, czy Celine Dion z Barbarą Streisand…  Oczywiście nie możemy im dorównywać, ale nie zaszkodzi spróbować sił w takim repertuarze. Też przecież może być pięknie.

K.S.: To wróćmy teraz do Bułgarii. Jestem ciekawa, jak wygląda autokarowa podróż samych rozśpiewanych ludzi.

M.G.: Jak normalna autokarowa wycieczka. To znaczy, jeśli jedzie sam chór, to na pewno można coś wspólnie zrobić w czasie podróży. Można się zintegrować, na przykład właśnie śpiewając. Jako chórzystka, byłam na takich wycieczkach. Natomiast tym razem oprócz chóru do Bułgarii jechały osoby do niego nienależące, żeby zmniejszyć koszty podróży. Wszyscy się „wymieszali” i śpiewania zabrakło.

P.M.: Jechaliśmy z celem podbicia Bułgarii, wracaliśmy z nadzieją na lepsze obiady (śmiech).

K.S.: Koncerty były trzy, odbywały się co dwa dni. Domyślam się, że międzyczasie było wypoczywanie na całego. Jak w takich warunkach zmobilizować do występu kilkanaście osób?

P.M.: Musieliśmy się zmobilizować, w końcu po to tam pojechaliśmy, żeby występować na scenie. Oczywiście były problemy z punktualnym pojawianiem się na próbach w hotelu, ale uważam, że wszyscy stanęli na wysokości zadania.

Aneta Lang: Wiadomo, jak to jest, kiedy mamy więcej luzu, możemy trochę poszaleć… Aczkolwiek na pewno potrafiliśmy znaleźć w sobie głęboko ukryte pokłady cierpliwości i mobilizacji.

K.S.: A dla Ciebie to były bardziej bułgariowe wakacje, czy wyjazd na koncerty, Paulina?

P.M.: Ja generalnie, pierwszy raz byłam na takich zagranicznych wakacjach. Więc to dla mnie ogromna atrakcja. Pobyt w ciepłym kraju połączony z możliwością występów… bomba!

M.G.: W Bułgarii młodzież była rewelacyjna. Kiedy zorientowali się, że dobrze wyszedł nam pierwszy koncert i został ciepło przyjęty przez publiczność z optymizmem patrzyli na następne.

K.S.: Paulina: w chórze śpiewa Ci się lepiej, czy wolisz solówki? Z takim głosem… domyślam się, że solówki?

P.M.: (śmiech) Lubię śpiewać solo, bo jestem niezależna, mogę “udziwniać” itp… Chór jest dla mnie świetnym doświadczeniem, bo pracuję wspólnie z innymi, a to jest swego rodzaju podporządkowanie. Nie można się za bardzo wychylać, bo chór to śpiew w grupie, musi być porządeczek, bo inaczej wszystko by się posypało.

K.S.: A jak to jest z integracją? Chórzyści byli zgrani już przed podróżą, czy dopiero tam mieli szansę naprawdę się zżyć?

P.M.: Moim zdaniem ten wyjazd nas zbliżył do siebie. Wiadomo, znaliśmy się wcześniej, ale w Bułgarii mieliśmy okazję być ze sobą na dłuższą metę i lepiej się poznać.

A.L.: Chórzyści już wcześniej dzielili się na grupy, wiadomo, że nie można wszystkich lubić jednakowo i są osoby, z którymi przebywa się więcej lub mniej. Ale Bułgaria pozwoliła nam lepiej się poznać i w niektórych przypadkach byłam mile zaskoczona.

K.S.: Zdarza się, że występujący odczuwają szczególną więź z publicznością. W tym przypadku było podobnie?

P.M.: Myślę, że najlepszy doping mieliśmy ze strony tych, którzy z nami przyjechali – niezastąpionej pani Joli Kuźnickiej i reszty.

K.S.: Czyli tych, którzy przyjechali z wami z „Sienia”?

P.M.: Tak, ale nie tylko. Byli też ludzie z Traugutta…

K.S.: Nie żal Ci, że nie pojechał chór i tylko chór?

P.M.: Nie żal, zabawa była świetna! No, i jeszcze wsparcie pana Kazia i oczywiście Marty Górawskiej – jest profesjonalistką w każdym calu.

M.G.: Przyznaję, że publiczność była naprawdę sympatyczna. Chociaż mieliśmy utrudnione zadanie, bo był to festiwal  folklorystyczny, zespoły prezentowały utwory tradycyjne, narodowe, a my przyjechaliśmy z  repertuarem muzycznym o charakterze rozrywkowym.

P.M.: Jako chór byliśmy takim rodzynkiem na tym festiwalu. Ale myślę, że właśnie dlatego ludzie się nami interesowali – miałam wrażenie, że wręcz rozchwytywali. Szczególnie jeden zespół z Serbii gorąco nas oklaskiwał.

A.L.: Z Serbami w ogóle najłatwiej nam się było dogadać. Bardzo miło wspominam rozmowy z nimi sprzed koncertów.

K.S.: Ale słyszałam, że inni uczestnicy to właśnie wasze utwory nucili na korytarzach wspólnego hotelu.

M.G.: To prawda, myślę, że głównie dlatego, że nasze numery - rozrywkowe, po prostu najbardziej wpadały w ucho, były atrakcyjne, np. w „Hallelujah Pelotsa Rona” (spirituals) klaskaliśmy i tupaliśmy… A powtórzyć rytmy poszczególnych zespołów z muzyką ludową jest znacznie trudniej.

A.L.: Był tam taki jeden zespół z Polski… Właśnie przez nasze „Hallelujah Pelotsa Rona” zaczęli nazywać nas „rubikami”… Ale nie byliśmy im dłużni – śpiewali z playbacku, więc zostali „mandarynami” (śmiech)!

K.S.: Najbardziej szczególny moment tej podróży? Coś, czego nigdy nie zapomnicie?

A.L.: Mieliśmy przygody ze słońcem. Ja się nie spaliłam, ale wiele osób zdecydowanie przesadziło z opalaniem. Na szczęście Panthenol wystarczył, żeby uratować sytuację.

P.M.: A ja najgorzej wspominam meduzy! Niektórych nawet poparzyły, ale ja się broniłam, to znaczy, wszędzie ich wypatrywałam, a na sam ich widok reagowałam krzykiem – może to trochę dziecinne…

M.G.: Myślę, że naprawdę super był drugi koncert. Nie zawiodło wtedy ani nagłośnienie, ani nastroje. A ja mogłam wreszcie zatopić się w muzykę, pomyśleć o swoim warsztacie dyrygenta, zamiast skupiać się tylko na intonacji. Natomiast chwilę grozy przeżyłam w trakcie trzeciego koncertu. Zerwał się taki wiatr, że w czasie trwania ostatniego utworu dekoracja spadła na chór. Stojąc przodem do chórzystów  widziałam, co się dzieje, a młodzież, która scenografię miała za plecami, mogła tylko obserwować moje przerażone spojrzenie. To są tak naprawdę ułamki sekundy, a dla mnie chwile, kiedy muszę decydować – śpiewamy dalej, czy przerywamy. Na szczęście nikomu nic się nie stało i zrealizowaliśmy cały nasz program.

P.M.: Z Bułgarią kojarzą mi się jeszcze kapelusze. Było ich strasznie dużo… wiadomo, słońce, trzeba chronić głowę. Marta kupiła sobie jeden. Szukałyśmy chyba dwa dni, aż w końcu znalazłyśmy taki który jej pasował. A pan Kaziu chciał kupić sombrero – świetnie w nim wyglądał… szkoda… W ogóle zakupy wspominam najlepiej. I mogę jechać jeszcze raz - ekipa wspaniała, plaża piękna, morze cieplutkie…

A.L.: Jak dla mnie, zdecydowanie za słone (śmiech)!

K.S.: Wasze najbliższe plany na przyszłość? Słyszałam o wyjeździe do Irlandii.

M.G.: Słyszałam tylko o jakimś festiwalu zespołów wokalnych organizowanym tam na wiosnę. Moglibyśmy pojechać z chórem, ale na razie tylko dopuszczamy taką możliwość.

 P.M.: Chór musi być zgrany, inaczej to nie wypali. Dlatego apeluję – przychodźcie na próby, nie lekceważcie naszej wspólnej pracy. Chcemy śpiewać dalej!

 

Karolina Stępień kl. II b